Pomijając fakt, że jakimś cudem pozdawałam wszystko i to całkiem ładnie, to zasadniczo ostatnio towarzyszy mi niezwykły pech, a jego 2 główne przejawy wciąż zajmują moje myśli... Pierwszym z nich była wizyta u gastrologa. Dlaczego?
Ano od wielu lat mam zbyt wrażliwy żołądek. A. i ciotka już dawno prosili abym zgłosiła się do lekarza ze względu na często biegunki, ale ja dopiero jak biegunki zamieniły się w zaparcia, przytyłam 20 kg, a wzdęcia i dziwny ból po prawej stronie brzucha, postanowiłam w końcu wybrać się do specjalisty. Robiłam przez ten czas wszystko aby schudnąć - bezskutecznie. Przestraszyłam się też, gdy ginekolog COŚ wyczuła w moim podbrzuszu, a nie były to ani torbiele, ani cysty.
Oczywiście walka o specjalistę była mega. Pierwszy termin dostałam na 23 grudnia. Ciotka wybłagała inny termin u siebie w przychodni po znajomościach. No i termin był akurat na dziś. Mój lekarz wyglądał na jakieś 98 lat, i miałam wrażenie, że z kolejnym krokiem się przewróci i wyzionie ducha, ale ciotka upierała się, że to świetny specjalista, więc ekhem, weszłam do gabinetu. Lekarz spytał mnie o objawy:
- No i z czym dziecko przychodzi?
- Eee, no bo długi czas miałam częste biegunki, od 2 lat trwają uporczywe wzdęcia i zaparcia...
- Co?
- Zaparcia.
- Co?
- Z A P A R C I A
- No tak, wyglądasz na taką, co lubi dużo zjeść.
- Jem tyle samo, co wcześniej! Tylko, że wcześniej byłam wegetarianką... Nie jadłam mięsa i ryb.
- Czego?
- Mięsa i ryb.
- Czego?
- M I Ę S A i R Y B. Czy to może być przyczyną?
- Nie sądze, pewnie lubisz słodkie.
- Nie lubię, całe życie byłam uczulona na to, co słodkie, i ten smak w ogóle mi nie podchodzi. Poza tym próbowałam wielu diet już, i jedyne co mi się udało to zatrzymać na chwilę tycie. Nieważne czy był ruch, czy nie, czy była ścisła dieta, czy nie, mój żołądek nie pracuje.
- Ach, dziecko schudnąć nie może! Biedactwo, ale przyznaj się pewnie w trakcie diety podjadałaś słodkie - mruga porozumiewawczo okiem.
- Przecież tłumaczę, że nie lubię słodkiego.
- Jaaaaaasne, ale apetycik się ma...
- W takim razie skąd ten ból? Boli mnie po prawej stronie na dole. Ból promieniuje na nogę kiedy siedzę.
- Och dziecko, każdego coś boli.
Podczas opukiwania miałam wrażenie, że zaraz się na mnie przewróci, ale nie opukał miejsca gdzie mówiłam że mnie boli. Pewnie niedosłyszał.
- Ból pewnie z owulacji.
- Ja nie mam owulacji, biorę tabletki od paru lat.
- To w takim razie z miesiączki -_-'.
- A reszta to, z czego może być? - udałam, że nie słyszałam poprzedniego
- Co studiujesz?
- Psychologię
- No i masz odpowiedź, myślisz za dużo. - chwila milczenia - Nie no u młodych to często to drażliwe jelito występuje, zrób te badania, pobierz sobie te leki i zrezygnuj jednak z tej czekolady i tłustych rzeczy.
- JA NIE JEM CZEKOLADY!!!
- Oj, dziecko przecież widzę, starzejesz się i po prostu Twój organizm już tak dobrze jej nie trawi...
NO KURWA! Dostałam od niego skierowanie na badania krwi i od razu je zrobiłam. Wyniki w poniedziałek. Poszłam więc od razu do rejestracji, by zapisać się do niego ponownie, aby te wyniki obejrzał.
- Nie ma już do niego terminu na ten rok.
- No to niech mnie pani zapisze na przyszły.
- Nie mogę, nie prowadzimy jeszcze zapisów.
- To co ja mam zrobić z wynikami badań?
- A co pani sobie chce.
-_-'.
Dobrze, że jeszcze nie anulowałam wizyty 23 grudnia, ale moja ciocia wzruszona moją historią, jest w gotowości zasponsorować mi wizytę prywatnie, bo leki starczą mi zaledwie na miesiąc, a ani nie wiadomo, czy potrzebuję ich więcej, ani co mi w końcu jest. Nie jestem typem hipochondryka, do lekarzy idę w ostateczności, bo ze względu na takie sytuacje nie cierpię ich potrzebować, ale skoro już A. się martwił, a odkąd jem mięso pogorszyło mi się i ciężko mi się ruszać i schylać ze względu na wzdęcia i ból...Nie cierpię, jak nie traktuje się mnie poważnie!

Drugim pechem było wyjebanie mnie ze specjalizacji po czasie. Nie mogłam się przerejestrować, nie mogłam wyrejestrować się z zajęć specjalizacyjnych, zero możliwości. Zostałam więc bez specjalizacji, co dyplomatycznie zwą u nas specjalizacją ogólną. W pierwszej chwili miałam ochotę się pluć, ale i tak bym tym nic nie wskórała. Nie udowodnię nikomu że wyrzucił mnie już po czasie na selekcję, a w sumie przeglądając listę specjalizacji odkryłam, że żadna nic nie znaczy. To właśnie są studia w Polsce! Człowiek myśli, że przygotują go do pracy i po studiach znajdzie lepszą. Bzdura! Przejrzyjmy specjalizacje psychologii:
1) psychoterapia - świetna specjalizacja, po której i tak nie można być terapeutą. Aby być terapeutą trzeba mieć zajebistą pracę wcześniej by zapłacić 40 tys za kurs na psychoterapeutę, który trwa 4 kolejne lata
2) terapia par i małżeństw - jak wyżej, i tak nie będziesz terapeutą, nie wychylaj się
3) psychologia kliniczna - w Warszawie są 2 psychiatryki i parę oddzielnych oddziałów, obsadzonych po zęby, mają tam też znacznie lepszych chętnych na kandydatów, na miejsce jakiejś emerytki, niż świeżo upieczonego magistra, chyba że poświęcisz lata na bezpłatny staż, równy etatowi, by pokazać, że tak Ci zależy, aż możesz żyć przez trochę powietrzem
4) neuropsychologia - jak wyżej, nie ma sensu się pchać
5) wspieranie rozwoju osobowości - i tak nie jesteś po tym trenerem, aby być trenerem musisz ukończyć kurs za parę tys.
6) psychologia sądowa - fajna sprawa, ale żeby zostać biegłym trzeba mieć albo znajomości, albo próbować odbyć staż w policji i stamtąd przeskoczyć
7) psychologia wychowawcza i rozwoju - czyli robisz dokładnie to, co pedagodzy, powodzenia w rywalizowaniu o pracę z kolejnymi tysiącami absolwentów
Oczywiście jest jeszcze parę mniej chwytnych specjalizacji, ale o nich nie piszę bo mało kto nawet wie co się po tym robi. To są właśnie studia. Dużej różnicy nie widzę między byciem ze specjalizacją, a bez. Problem polega na tym, że o możliwościach, a raczej ich braku dowiadujemy się dopiero na studiach... :(
A wy, jak widzicie swoje możliwości?