W końcu mi się udało! W życiu nie pomyślałabym, że przytyłam tak na amen. Dotychczas byłam przekonana, że to chwilowe, że ciało zapamiętało tą z 5 na przedzie, a 60 parę to poświąteczna pomyłka. Niestety. Nieważne ile ćwiczyłam, czy jadłam ani waga, ani moje ciuchy nie były dla mnie łaskawe. Nieważne jakbym sobie to tłumaczyła, że mięśnie więcej ważą, to jednak niedopinanie się w spodniach było co najmniej przykrym doświadczeniem. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam stopniowo ograniczać jedzenie. Ze zdrowych 3 porcji została w końcu jedna + jakieś jabłko czy jogurt. Dopiero restrykcyjne ograniczenie żarcia wywołało efekty. Minął dopiero miesiąc diety, a ja już jestem zmęczona. Bo jak to? To takie niesprawiedliwe, że figura kosztuje tyle wyrzeczeń, a najlepiej jakbym nigdy nie jadla normalnie, bo jak rzucę się po diecie na moje ukochane chipsy i fast foody to wrócę do punktu wyjścia. Więc co? Mam sie powstrzymywać już do końca życia?
Zawsze taki tok myślenia powodował u mnie porzucenie "zdrowych ideałów", bo przecież życie jest jedno, szkoda się przez nie męczyć, trzeba korzystać, ale kiedy zaczęłam mieć ochotę na moje przysmaki poczułam znajomy niepokój... Coś mi mówiło, że nawet jak zjem, to chwila przyjemności spowoduje wyrzuty sumienia przez kilka kolejnych dni, gdzie musiałabym nadrabiać kaloryczne szaleństwa. Licząc kalorie czy mi się uda zmieścić w dziennej normie, zamówiłam żarcie z kfc, mniej niż zazwyczaj, tyle ile wolno mi było zjeść. Było pyszne oczywiście, ale mój skurczony żoładek nie umiał w sobie tego wszystkiego pomieścić. Wpychałam na siłę, bo to było TO, TEN SMAK!!! Jednakże po jedzeniu rozpiety brzuch bolał, a ja czułam się okropnie.
Dalej już była powtórka ze scenariusza. Przecież nie godziłam się przez tydzień po to, by teraz to zepsuć. Zaczęłam szukać swojej starej rurki, którą kiedyś prowokowałam wymioty. Nie znalazłam jej na swoim miejscu i przypomniałam sobie, że wyrzuciłam ją myśląc, że nie będzie mi już potrzebna. Wyrzuciłam ją z DUMĄ, a zaraz po tym jak sobie to przypomniałam, zgniotłam tamta dumę i wyrzuciłam do śmieci idąc do komórki, gdzie miałam schowaną jeszcze startę takich rurek.
Nie wiedziałam, że można zapomnieć jak to się robi. Pokaleczyłam przełyk i zwymiotowałam zaledwie połowę. Szyja mi spuchła, gardło bolalo, nie mogłam potem nic pić. Jedyną pociechą był fakt, że W RAZIE CO już wiem, co i jak. Nowej rurki nie wyrzuciłam. Nie przewiduję kolejnych wypadków przy odchudzaniu, ale... no właśnie... ale BOJĘ SIĘ, że będę jeszcze kiedyś musiała jej użyć.
Nie istnieje żadna dieta cud. Żadna dieta, która pozwoli nam cieszyć się życiem, jeść to na co mamy ochotę i być chudym. Trudno się z tym pogodzić. W zasadzie stawia nas to przed wyborem: być szczęśliwym i grubym, czy być szczupłym i uważać przez resztę życia, no chyba, że jest się jednym z tych niewielu genetycznych szczęściarzy co utyć nie mogą. Ewentualnie można ćwiczyć przez pół dnia, bo nawet godzina ciężkiego aerobiku nie spala 1 paczki chipsów. A panie i panowie zbliża się sezon na lody! Czuję się rozbita i zagubiona. Wszyscy mówią mi, że to co robię jest złe, Wy tez tak napiszecie, ale wszyscy wokół też chwalą się jak schudli, mój A. jest zachwycony moim płaskim brzuszkiem, więc to ja zwariowałam czy świat?
