piątek, 10 sierpnia 2012

Psychologiczne szarlataństwo

Niedawno poznałam przez internet pewnego chłopaka. On zagadał, ja nie chciałam go poznawać. Byłam nieprzyjemna, zrzędliwa, wredna i złośliwa, a on... zachowywał się, jakby się we mnie zadurzył wiedząc jedynie, jak mam na imię i gdzie studiuję. Nie zmieniłam swojego zachowania, bo facet był sztywny, kompletnie pozbawiony poczucia humoru, a rozmowa dla mnie nieciekawa. Co chwila się obrażał, zmieniał mu się nastrój i nie kojarzył podstawowych faktów. Kiedy moja koleżanka ze śmiechem powiedziała, że ma 18 lat, mimo wcześniejszych informacji, że jest od niego starsza, on jej uwierzył... Wielu innych faktów też nie umiał poskładać. Powiecie, że niby nic takiego, ale... chłopak właśnie kończy psychologię i już pracuje z pacjentami. To człowiek, który ma stawiać im diagnozy i ze swoją chwiejnością emocjonalną próbować im pomóc. Byłam, a raczej jestem dalej w szoku. 

Terapię musi przejść jedynie psychoterapeuta, każda inna specjalizacja nie jest obarczona tym warunkiem, choć według mnie - powinna. Pracując z pacjentami nie można się obrażać, brać wszystkiego do siebie, czy mieć jakiś poważniejszy problem rzutujący na naszą psychikę. Niestety dzieje się inaczej. Wielu niedoświadczonych psychologów ląduję często w szpitalach psychiatrycznych. Poznałam już jedną kobietę, która prowadzi tam terapię... będąc dopiero w trakcie kursu na certyfikat psychoterapeuty. W swojej książce poruszam wiele z błędów niby specjalistów, lecz dopiero teraz dociera do mnie, jak niewielu z nich jest prawdziwymi specjalistami.


Gorsi są, jednak jeszcze pacjenci. Czemu? Bo nawet mając możliwość iść na terapię z rasowym specjalistą, to niektórym wstyd, szkoda kasy (na prywatne przychodnie), albo czasu (na publiczne) i sami, chcąc rozwiązania swoich problemów od ręki, pakują się w ręce ludzi, którzy nie mają żadnego dyplomu, ani kompetencji. Tak, w ręce internetu. Powiedzcie, kto mi broni zrobić sobie stronkę, że niby jestem dyplomowanym psychologiem z x- letnim doświadczeniem i podać tam swojego maila, aby tam przesyłać opis problemów, a ja odpiszę, jak na konto wpłynie tyle i tyle? Ano nikt. A ludzie, którzy naprawdę terapii potrzebują, bojąc się, co powiedzą bliscy, zapierając się, że nie są nienormalni, często uważają to za lepszą formę pomocy.

Są jeszcze więksi desperaci. Wiecie ile bez żadnej reklamy miałam już wirtualnych pacjentów? Wyszukują poprzez naszą klasę i fb ludzi studiujących psychologię i na dzień dobry walą wiadomością, którą można spokojnie podzielić na kilka stron A4. Oczywiście wciąż mam jeszcze zdrowy odruch, chęci pomocy, ale z drugiej strony psychologia to mój przyszły zawód. Nie powinnam szerzyć szarlataństwa, dawać porad za darmo i przede wszystkich dawać je wszędzie i każdemu, bo wypalę się nim jeszcze pójdę do pracy.


W przyszłości moim marzeniem jest założyć własny gabinet psychoterapeutyczny, może nawet połączony z oddziałem psychiatrycznym? Chciałabym jego otwarcie pogodzić z kampanią społeczną, która byłaby też moją reklamą. Pokazywałaby, gdzie najlepiej szukać pomocy i, że powinno się jej szukać, nim będzie za późno. Reklama mówiłaby o wstydzie, nakłaniała do przełamania go, a mój ośrodek, miałby też grupy wsparcia dla zdrowych ludzi o "normalnych" problemach, tematycznie, co pół roku. Np. dla nauczycieli, którzy są obciążeni swoją pracą z młodzieżą, dla lekarzy pod dużą presją, dla ojców nastolatków itd. Wydaje mi się bowiem, że nie wszystko wymaga terapii, ale znacznie więcej spraw ludzkich potrzebuje po prostu wsparcia. Co do internetu mam jeszcze mieszane uczucia, może darmowa pre-konsultacja? Na pewno nie chciałabym czytać powieści, które od niedawna przysyłają mi ludzie, którzy hardo twierdzą, gdy odsyłam ich do poradni, że nie potrzebują psychologa. JAAAAAAASNE.

A Wy? Jakby się coś Wam przydarzyło wymagającego, jakiejś interwencji, poszlibyście do psychologa, czy dręczyli się sami? Jeśli unikalibyście psychologa, to dlaczego? Co by Was powstrzymywało?

17 komentarzy:

  1. Ooo, jak najbardziej temat dla mnie. U mnie nawet notka o tej tematyce;))
    Pracuję w szpitalu psychiatrycznym z dziećmi od roku. Widzę, jak wygląda owa 'terapia' czy 'rozmowy z psychologiem' i jestem w szoku niekompetencją personelu. Toż to jawna bezczelność. Spotkania nieregularne, od niechcenia, trwające 10 minut, i nie to nie 1 na 1, ale odbywające się z całą grupą na raz. W razie większych załamań czy spadków formy - ratuj się sam, a najlepiej idź wypłacz się w poduszkę i ci przejdzie. Ogólnie zmyślasz i przesadzasz. A wszyscy młodzi pacjenci to niewychowane bachory. A jak ktoś się wkurzy i jest niegrzeczny - szpryca w tyłek albo pasy, a karą przedłużenie pobytu o kolejne długie tygodnie.

    Wiem, że taka praca nie należy do najlżejszych i najprzyjemniejszych, ale ludzie! Po co idziecie na tą psychologię? Chyba tylko z myślą, żeby kieszenie nabijać zakładając własne gabinety. W moim szpitalu nie spotkałam jeszcze personelu z powołaniem i sercem do pracy. Nie jestem po psychologii, ale wiem, że nie tak powinien działać oddział psychiatrii dla dzieci i młodzieży.

    OdpowiedzUsuń
  2. A wiesz, że ja nawet nie wiem czy bym poszła? Przyznanie się, że potrzebuje się pomocy, to ciężki kawał chleba. U kobiet to chyba łatwiejsze, ale faceci mają z tym jeszcze większy problem. Bo przecież jak on, wielki pan i władca, myśliwy polujący na tygrysy może potrzebować pomocy? Aczkolwiek to od płci nie zależy tak sądzę. Gdybym miała iść, to pewnie zastanowiłabym się porządnie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Moją stronę chyba znasz... do psychologa poszłam, ale skończyło się to dla mnie fatalnie. Teraz walczę, żeby ponownie zaufać psychologowi (nie ważne czy kobiecie czy mężczyźnie psycholog). Narazie blog jest dla mnie formą terapeutyczną i dobrze się spisuje. Nie wstydzę się pójść do psychologa, z czasem pewnie znowu umówię się na wizytę.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja raczej miałabym problem z pójściem do psychologa. Ogólnie jestem dość zamknięta i jakoś nie wyobrażam sobie opowiadania o sobie, osobie mi zupełnie obcej. Nie mówię, że nigdy, bo też nie wiadomo jak się życie potoczy. Póki co, wolę rozmawiać z Mężem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj ja chyba tez nie z własnej nie przymuszonej woli. Co innego wypisać się czy wygadać zaufanej osobie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Do dnia dzisiejszego kilka spraw w moim życiu wydawało mi się nie do przeżycia. Mimo to dawałam za każdym razem radę sama (ew. z pomocą mamy i babci). Podczas każdej takiej sytuacji dawałam sobie określony czas na uporanie się z tym sama (max. 4 miesiące), jeśli po tych 4 miesiącach nie dałabym sobie rady sama, na bank poszłabym do psychologa, już dawno obalony jest mit że do psychologa chodzą tylko czuby. A poza tym od pierwszej klasy LO chciałam iść na psychologię, ale jednak dwa dni przed maturą postanowiłam iść dalej w kierunek tego co robiłam w liceum. No cóż kobieta zmienną jest ;p

    OdpowiedzUsuń
  7. Byłam u psychologa - to wiesz. Chodziłam na grupę - to też pewnie kojarzysz. Czy mi to pomogło? W pierwszym momencie było fajnie, bo ktoś mnie rozumiał, w drugim już mniej fajnie bo JA zaczęłam rozumieć i to było... no powiedzmy, że "przykre", teraz myślę, że chciałabym chodzić dalej, ale najpierw przeprowadzka, ogarnę się, ogarnę poradnie, zobaczę, porozglądam się. Nie wstydzę się pójść do psychologa, bo wiem, że mimo najszczerszych chęci, nie ma mowy o tym bym była wobec siebie obiektywna i bym wiedziała wszystko o DDA, o tym jak to się ma do mnie. Z drugiej strony, nie ukrywam też, że nie mówię wszystkim wszem i wobec o tym, że uczęszczam/łam czy też, że będę. Uważam to za sprawę dosyć osobistą i mało kogo powinno obchodzić to czy gdzieś chodzę czy nie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Vill wspomniała coś o "panie i władcy polującym na tygrysy" itp, i że taki facet problemy by miał z przyznaniem do tego. Fakt, wielu nie przyzna się, a i ja miałem z tym ogromny problem. To było widoczne jak byk ale ja tego nie widziałem. Gdy wkońcu (nie wiedząc już czemu i jak to było dokładnie) dostrzegłem, zdecydowałem się na terapię która trwała dobre dwa lata. Początkowa klinika nie wyposażona była w specjalistów z powodu braku finansów a moim terapeutą był jakiś amator. Na wspólnej rozmowie (w kółku z innymi pacjentami) zdałem się na odwagę i zacząłem opowiadać o swoich problemach, tak jak poprosił. W połowie mojego zwierzania się zatrzymał mnie i słowo w słowo powiedział - cytuję "przepraszam pana, musze panu przerwać, nie mogę już tego słuchać bo nie wytrzymam" ...

    Coś to we mnie wywołało, jakiś ślad który pozostał do dziś. Ten facet ani trochę nie nadawał się na terapeutę, on takowym wogóle nie był, nie miał prawa do tego co on robił. On był normalnym pracownikiem z jakiegos urzędu, który pomagał pacjentom z ich problemami jako dłużniki, z problemem braku pieniędzy czy coś (nie mam pojęcia jak ten zawód po polsku się zwie) ale nie z problemami psychicznymi. No cóż, następna klinika była o wiele bardziej profesjonalna, ale to co tam się stało, wryło się we mnie i pewnie tak szybko o tym nie zapomnę.

    Jeśli chodzi o moje problemy, ja otwarcie o nich rozmawiam. Nie tylko przez internet z (w sumie) obcymi mi ludźmi a i też w realu. Jednak nie z wszystkimi. Mam pewien dar, poznając kogoś już po dniu, dwóch dniach rozmowy wiem, czy mogę tej osobie zaufać. Liczy się to pierwsze wrażenie, czy poczuję ciepło płynące od tej osoby, czy ma to wrodzone "coś" odczuwalne już po kilku chwilach. Jeśli takie coś ma, otwieram się tej osobie i jeśli chce o mnie coś wiedzieć, opowiadam. Sam powiem jednak, że psychologa jednak już nie potrzebuję. Nauczyłem się czerpać sił z wygadania się oraz opinii moich rozmówców. Terapia nauczyła mnie być otwartym facetem, opowiadać wszystko i nic w sobie nie dusić. Ale tak jak już wyżej napisałem, nie każdy kogo poznam, dowie się o mnie więcej. Sam wybieram komu się zwierzę, to działa. Do dziś nie zrobiłem takiego błędu, jak u tego gościa w pierwszej klinice, teraz uważam...

    No cóż, kiedy jeden z reszty pacjentów powiedział mi wtedy, że słysząc to wszystko to on nawet nie wie co on tam w porównaniu ze mną robi ze swoim "małym problemikiem" to ja się temu pseudoterapeucie ani trochę nie dziwię...

    OdpowiedzUsuń
  9. ja byłam już u psychologa. bałam się iść, bo to facet ;x ale okazało się, że jest bardzo cierpliwy, umie słuchać, wszystko spokojnie tłumaczy, poradził i było ok ;)
    ~Kocia93

    OdpowiedzUsuń
  10. Przez bardzo krótki czas codziłam na wizyty do psychologa, bardzo źle to wspominam. Kiedy myślę o tym teraz, coś się chyba we mńie zmieniło pod wpływem tych doświadczeń, chociaż wydaje mi się, że wyniknęło to bardziej z niechęci powrotu tam kiedykolwiek, niż samych spotkań. Z problemem, z którym się tam pojawiłam, nie uporałam się do tej pory, ale nie zamierzam tam wracać. Może źle trafiłam, ale z drugiej strony była to osoba nie tylko doświadczona, ale i 'sprawdzona', jeśli mogę ująć to w ten sposób - wcześniej spotykał się z tym psychologiem mój brat i nigdy nie powiedział o nim złego słowa. Kiedyś sama chciałam studiować psychologię, ba, przez miesiąc nawet widniałam na liście studentów i dostarczyłam swoje dokumenty, ale rozmyśliłam się w ostatniej chwili, raczej nie żałuję tej decyzji.

    OdpowiedzUsuń
  11. Tak, właśnie taka jest teraz nasza służba zdrowia. Aż strach iść do lekarza... Jeden niedouczuny bo ściągał, inny ma problemy emocjonalne. I jak w takich szukać oparcia?
    Czy skorzystałabym z porady psychologa? To trudne pytanie, sama nie wiem. Nic mnie nie hamuje, nie jest to wstyd, bo nie trzeba być od razu chorym żeby iść do psychologa.
    Mnie sie bardziej wydaje, że ludzie chwilami nie zdają sobie sprawy, że potrzebują pomocy. Mając lekką depresję nie zdawalam sobie z tego sprawy, że powinnam coś z tym robić. Tak więc nie zrobiłam nic. Mnie przeszło, bo mam wsparcie od strony mamy, brata i mojego przyszłego męża. Ale gdyym tego nie miała być może do tej pory siedziałabym po uszy w "bagnie" nawet nie zdając sobie sprawy, że powinnam coś z tym robić.
    I znam taki przypadek, gdzie dziewczyna powinna być leczona bo jest w silnej depresji i nie radzi sobie z niczym. Ale nikt nie może jej zmusić, bo jest dorosła, a do niej zwyczajnie nie dociera, że jej depresja, stany lękowe itp można wyleczyć...

    OdpowiedzUsuń
  12. "Cały świat potrzebuje psychologa żeby stanąć na nogach..." :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Wciąż jestem na etapie zastanawiania się nad pójściem do psychologa, bo nie mogę zaprzeczyć, że coraz gorzej radzę sobie z gniewem, coraz trudniej mi się opanować. Sama nie potrafię dostrzec przyczyn, może ma to jakiś związek z moim ojcem i moją relacją z nim (a raczej jej brakiem). Tak czy inaczej naprawdę poważnie się nad tym zastanawiam. Powstrzymują mnie w zasadzie tylko pieniądze, bo ich póki co nie mam w ogóle. Jednak obawiam się także opinii innych. Głównie mojej mamy. Jej wychowanie nie dopuszcza myślenia o psychologu, psychiatrze, terapii czy czymkolwiek z tym powiązanym, choćby pośrednio. Do niedawna radziłam sobie sama bez problemów, ale mimo wszystko jestem dzieckiem alkoholika, więc wiem na 100%, że nie wszystko ze mną w porządku, na pewno jest głęboko we mnie coś, co może jeszcze się nie uaktywniło, może wyjdzie "w praniu", ale na pewno nie jest dobre... Umiejętność rozmowy o wszystkim z przyjaciółmi (nie wspominając o innych, obcych ludziach) już zatraciłam i nie wiem czy uda mi się do tego tak łatwo powrócić... Także póki co sama staram się uporać ze wszystkim.

    I znów nie robię akapitów ^^
    Pozdrawiam. Fish.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem chyba najbardziej żywym przykładem. Mimo wielu chęci - po pogrzebie synka nie poszłam do psychologa. Wahałam się długo i biłam się z myślami całą kolejną ciążę... ale bałam się najbardziej, że wizyta zakłóci to, co sobie sama zdołałam poukładać w głowie. Bałam się, że jakaś Pani w spódniczce, lub Pan dopiero co po studiach powiedzą jak mam się czuć i jak zachowywać, a niestety nie ma recepty na życie po czyjejś śmierci.

    Nie jestem pewna, czy psychicznie u mnie wszystko w porządku, bo to, co się działo w tamtym roku na pewno zostawi ślad na mojej psychice na bardzo długo, jeśli nie na zawsze. W każdym razie nauczyłam się z tym żyć.

    Co może mi pomóc psycholog bądź psychiatra? Wydaje mi się, że niewiele. OStatecznie może wskazać jeszcze jedną drogę, jakąś opcję, alternatywę i dać wydostac się moim myślom przez "inne sitko". Może się mylę... ale boje się, że moje puzzle, które układam od 18 miesięcy rozsypią się, a wtedy ja rozsypię się z nimi. A mam dla kogo być silna...

    OdpowiedzUsuń
  15. Wstydem nie jest pójście do psychologa, w tym masz rację. Wyśmiewając osoby, które się tego obawiają z wielu powodów, nie przyczyniamy się do wzrostu konsultacji w poradniach. Spójrzmy na ten problem inaczej i namawiajmy ludzi do tych wizyt, nie róbmy sobie z ich słabości tematów do żartów. Mogą oni bać się wyjawienia swoich sekretów. W końcu nie jest to pierwsza lepsza rozmowa, tutaj już wchodzimy w barierę intymności, przekraczamy ją. A więc w pacjencie rodzą wątpliwości. Czy zostanę dobrze zrozumiany przez terapeutę? Czy mnie nie spławi? Czy uzyskam odpowiednią pomoc? W ostateczności większość z nich i tak uważa, że zostaną sami ze swoimi problemami? Być może Ci ludzie od samego początku mają lęki związane z wyśmianiem, odrzuceniem? Zamiast nakręcać spiralę "ale jesteś głupi, że się wstydzisz", byłoby lepszym rozwiązaniem pokazanie, że warto zaufać ludziom z naszej branży, A coraz rzadziej widzę osoby, do których można by było się tak po prostu zwrócić. Psychologowie wykazują coraz mniej empatii, a wymagają coraz to więcej kasy za wizytę.
    Chcę być przyszłym psychologiem, sama zapisałam się na terapię. I wiesz co? Obawiam się tej wizyty, mimo większej świadomości niż typowy Kowalski, który uważa psychologa za szarlatana...
    Pozdrawiam!
    PS Coraz częściej zaglądam do Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Moje nastawienie do pójścia do psychologa jest dwojakie... Z jednej strony chodziłam 1,5 roku na terapię DDA z NFZtu, indywidualnie i grupowopóźniej zrezygnowałam, a później... no właśnie. Najogólniej rzecz ujmując, ktoś, kto miał z założenia być sensownym terapeutą, okazał się być kimś, kto sam ma emocjonalne problemy i ... wykorzystał mnie w pewien sposób. Minie pewnie sporo czasu zanim będę miała odwagę zwrócić się o pomoc, tym bardziej, że mi to w ogóle przychodzi z trudem. Na razie jednak mam wrażenie, że moje życie zmierza ku lepszemu więc jest OK :)

    OdpowiedzUsuń